środa, 7 grudnia 2011

Odlot

2.-5.11
Sytuacja z samolotem jest bardzo niejasna .Tutaj w Juphalu menagerem Niru z naszej agencji jest właściciel hotelu  Phuta.Son nasz przewodnik twierdzi iż mamy zapłacone przez Niru bilety na 4.11,menager  twierdzi   najpierw  iż bilety nie są zapłacone, póznie jprzekonany przez Sona potwierdza że bilety są zapłacone, ale nie wie do jakiej agencji lotniczej, a lata  tu ich kilka.Ale on nam załatwi przelot , tylko będzie to charter i trzeba dopłacić po 100$ od osoby.Jesteśmy pełni wątpliwości , ale dajemy mu pieniądze bo chcemy mieć pewność że wylecimy o czasie.
Mija 3,4 a my siedzimy na miejscu w niepewności.Gdy nic się nie dzieje przez dwa dni idziemy na lotnisko rozeznać sprawę sami.Wszyscy turyści , którzy oczekiwali na loty  odlecieli.PO kilku godzinach włóczenia się i oczekiwania na lotnisku/ prawie nikt nie mówi po angielsku/ zdołaliśmy wymóc prośbami na kobiecie , która  jest menagerem lini Kastomandap Air  że po zapłąceniu przez nas biletu w kwocie 165$ od osoby jutro polecimy/ oczywiście jeżel będzie lot /Okazało się iż Niru zapłacił do lini Tara Air , które aktualnie w ogóle nie latają.Odbieramy pieniądze od menadżera hotelu Phuta i wpłacamy do Kasthomandap.Jesteśmy dobrej myśli że jutro wylecimy.
Czy lot odbędzie się zależy gównie od pogody w Nepalghanju lub Surkot bo stamtąd startują.Co się dowiadywaliśmy to było tam pochmurnie lub wietrznie, a są to samoloty małe latające w dolinach na niedużych wysokościach, które muszą mieć dobra pogodę.5.11 od godziny 6 rano warujemy na lotnisku.Samolot opóżnia się ze wzgledu na warunki pogodowe.Przylatuje w końcu o 11, ale w tym czasie przyniesiono na lotnisko z okolicznych wiosek 3 osoby chore , które muszą dostać się do lekarza.Na lotnisku zaczynają się kilkugodzinne  targi i dyskusje, połączone z rękoczynami, kto ma lecieć.Czeka oprócz nas kilkoro tubylców , którzy też mają zapłacone bilety.Samolot może zabrać tylko 6 osób. pilot twierdzi że chorzy muszą lecieć z opiekunami, tak że to wyczerpuje właściwie listę.Za nami nikt się nie wstawia bo naszego przewodnika nic nie obchodzi a, wszyscy mówią po nepalsku.Nikt tu nie rżadzi  Płaczę ze zdenerwowania bo widzę iż sytuacja jest beznadziejna, Menadżerka Kastomandap siedzi z boku bezradnie i obserwuje sytuację.Jeszcze w międzyczasie pojawia się jakiś białas z rulonem dolarów i chce wepchnąc się do samolotu.Po trzech godzinach debat samolot odlatuje z chorymi, z których część nie zapłaciła za bilet.Okazuje się iż wszyscy turyści, którzy odlecieli do tej pory mieli chartery.Normalnym lotem nie sposób się stąd wydostać.
Jesteśmy zdruzgotani, jutro jest ostatni dzień żebyśmy zdążyli na połączenia lotnicze.Dzwonimy do Niru żeby wyczarterował nam jakiś samolot w innych liniach lotniczych.
Po kilku godzinach menadżer hotelu Phuta twierdzi że on załatwi nam na jutro charter , ale trzeba będzie zapłacić za niego 2tys$.Godzimy się już nawet na to, choć mamy wątpliwości czy ten picer potrafi coś załatwić/ mamy zapłacić w Kathmandu
Ostatnia odsłona dramatu /6.11/
-------------------------------------------------
Około 7 rano wstaję żeby zorientować się co załatwił nasz menadżer.Na razie śpi. Ale grupa Amerykanów , która  dotarła  tu wczoraj/ mają wyczarterowany lot/ właśnie wychodzi na lotnisko, jedna z kobiet zauważyła mnie i coś woła, nie bardzo ją słyszę, ale Marek mówi z namiotu iż proponują żebyśmy zabrali się z nimi czarterem.
Biegną za nią żeby coś więcej się dowiedzieć./ mówiliśmy im wczoraj jakie mamy kłopoty z wydostaniem się stąd/. Okazuje się iż Amerykanka jest szefową  organizacji charytatywnej wspomagającej szpital dla rodzących kobiet i noworodków. Jest ich sześcioro i mają wyczarterowany lot, bardzo się przejęła naszą sytuacją i twierdzi iż spróbuje przekonać pilota , aby nas wziął na pokład.Chyba nam spadli z nieba.Szybko się pakujemy i  bez śniadania walimy na lotnisko.Serdecznie dziękujemy  Amerykanom za ich szlachetne chęci.PO lotnisku kręci sią już nasz menadżer i nawet Son przyszedł.Cała wieś już wie jakie mamy problemy.Nagle gwizdki na lotnisku , co oznacz iż niedługo przyleci jakiś samolot.Myślimy iż to czarter dla Amerykanów.Okazuje się za chwilę iż jest to samolot kargo- czyli transportujący głównie bagaże, a przy okazji i ludzi.Przylatuje z Surkot. Chyba nasz menadżer coś załatwił, bo wartownicy lotniska wyciągają nasze bagaże, spisują  dane  paszportowe i w momencie kiedy samolot ląduje, jakaś wartowniczka wypycha mnie z boksu i krzyczy żebym leciała do pilota prosić go o zabranie.Oczywiście pędzę i błagam pilota  przedstawiając naszą sytuację.Człowiek jest bardzo miły i kontaktowy/ Nowozelandczyk/ i bez wahania oświadcza że zabierze nas.Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie.
Najpierw zostaje wyładowany towar jaki został przywieziony/ głównie kartony z herbatnikami/, następnie  w połowie samolot  zostaje wypełniony kargo- worki, konstrukcje metalowe,  kartony itd i na to wszystko pchamy się my i czterech innych tubylców.Pilot uprzedzał że będziemy siedzieć na podłodze, ale nam to nie przeszkadza.
Czekamy tylko kiedy wzbije się w powietrze, bo widzieliśmy jak wysadzali ludzi w ostatniej minucie.
HURRA  LECIMY !!!
Na koniec oglądamy z góry piękne widoki , jest trochą turbulencji przez chmury, ale po godzinie jesteśmy na miejscu.
Przy lotnisku czeka już taxi umówiona przez menagera telefonicznie/  mamy około 10 godzin jazdy do Kathmandu/- kosztuje to nas niestety 22 tys rupii nepalskich- 280$. Startujemy o 11, kierowca to młody chłopak, nie mówi nic po na angielsku. Za dnia jedziemy dość szybko, schody zaczynają się o zmroku, większość kierowców jedzie na długich światłach, młody kierowca nie pomyślał   też wcześniej  o paliwie , kiedy jest na ukończeniu,  stacje są pozamykane, wreszcie trafiamy jakąś z benzyną/ większość ma tylko ropę/- okazuje się że ma uszkodzony dystrybutor.Chyba diabli  się sprzysięgli !! Po kilkunastu próbach pompa zaskakuje.
Wjeżdżamy do Kathmandu około północy.Kierowca oczywiście nie zna miasta, a połapać się w tej plątaninie uliczek nie jest łatwo.Koniec końców po godzinie błądzenia docieramy wreszcie do naszego hotelu.Wszystko jest zakratowane , ale budzimy obsługę, okazuje się iż nie ma żadnego wolnego pokoju/ mieliśmy rezerwację/, po półgodzinnym   bezskutecznym  dzwonieniu po innych hotelach  , składam propozycję nie do odrzucenia- będziemy spać na podłodze w pokoju  kafejki internetowej.
Zgadzają się na to i nawet przynoszą nam materace.Nareszcie  spać !!
Następnego dnia o 15 wylatujemy z Nepalu do  Dehli. Chyba Nepal nas długo nie zobaczy, a może i w ogóle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz