piątek, 9 grudnia 2011

Kalaw

18-19.11
Właścicielka hotelu proponuje  żebyśmy zrobili sobie wycieczkę do Pindaya/ świątynia w jaskini/ i po drodze wstąpili na festiwal, który odbywa się w  wiosce po drodze.
W piątkę/ my +Witek+ dwójka Anglików/ płacimy po 10$ każdy , wynajętym busikiem  korzystamy z propozycji.Jedziemy  ładnym  pofalowanym terenem, ziemia jest bardzo czerwona, dużo żółtych poletek/kwitnie sezam/ i białych też kwitnących roślin.  Po drodze spotykamy dużo zaprzęgów  z bawołami, ludzi z lokalnych plemion górskich w barwnych turbanach i pszczelarzy wybierających miód. Zatrzymujemy się przy tych ostatnich- częstują nas świeżymi kawałkami plastrów z miodem.Ma lekko goryczkowy smak.W miejscowości gdzie miał być festiwal, okazuje się iż jest to lokalne targowisko, na które przybywają  ludzie z pobliskich wiosek. Oczywiście jest to tez ciekawe, ale z pojęciem naszego festiwalu nie ma nic wspólnego. Na każdym wyższym wzniesieniu  w polach widzimy stupy i świątynie o złoconych wieżyczkach. Świątynia w Pindaya to duża jaskinia w której ulokowane jest około 8 tys figurek Buddy.  Tak miedzy nami mówiąc mają na tym tle trochę "hopla".Każdy kto chce może ufundować następną figurę i pod nią zostanie umieszczona tabliczka z jego nazwiskiem.Jaskinia jest cała zapchana   złotymi Buddami  . Wygląda tak jakby Birmańczycy za największy cel swego życia uznawali  napełnienie swego kraju Buddami. - nigdzie w Azji z tym się nie spotkaliśmy.
Robi to oczywiście wrażenie , ale i też zastanawia  , po co im takie multum tego potrzeba. Wychodząc z jaskini spotkaliśmy chyba cały pułk młodych żołnierzy, którzy przyszli oddać cześć Buddzie.Ale trzeba przyznać iż modły Birmańczyków są szczere , żarliwe i niewymuszone.Nie tak jak u katolików tylko niedzielna msza, ci ludzie po prostu żyją  na co dzień  z tą wiarą.
W drodze powrotnej wstępujemy jeszcze do jednego monastyru, gdzie częstują nas herbatą.Póżniej stajemy  koło pszczelarzy i kupujemy świeży miód, 1l za 3$. W sumie bardzo ciekawy i udany dzień.
Dziś wymyśliliśmy piknik- głównym pomysłodawcą był Witek.Kupujemy na targu dwie duże ryby, sprawiają je nam na miejscu., do tego warzywa- pomidory, czosnek,trawę cytrynowa i inne.  Witek poszukał dogodnego miejsca w okolicy Kalaw, kupił siatkę na grila i ryż.Koło 3 bierzemy całe jedzenie , picie+ latarki  i idziemy na polankę.Miejsce okazuje się bardzo przyjemne.Ściągamy drewno na opał, Romek robi konstrukcję grila i schodzi jeszcze po Czechów Pawła i Radkę.
Ja z Witkiem robimy żar i pieczemy ryby.Oglądamy zachód słońca, pałaszujemy pyszne ryby i jest super.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz