sobota, 10 grudnia 2011

20-21.11
Zdecydowaliśmy iż nie wybieramy sie na treking , jaki był w planie, ponieważ w Nepalu dość się nałaziliśmy.Sami trochę powłóczymy sie po okolicy.
Dziś wybieramy się do monastyru widocznego na  niedalekim wzgórzu.Przyjemny  1,5 godzinny spacer    , po drodze zobaczyliśmy jak rośnie avokado/ tak jak gruszki na drzewie/, zachaczyliśmy o gaj mandarynkowy i dotarliśmy do mnichów na herbatkę.Wracamy przez wioskę, pozdrawiani słownie i usmiechami przez Birmańczyków.
Następnego dnia planujemy wypożyczyć motory i pojeżdzić po okolicy.Choć jest to zabronione Witek załatwia dwa motobike/ trochę mniejszy i delikatniejszy od motoru/.Niestety Romek niezbyt sobie z nim radzi  ,/ w jednej ręce jest gaz i ręczny hamulec/- trzeba mieć wprawę żeby na nim jeżdzić.Przy próbach jazdy omal nie wjeżdża w grupę Amerykanów.Dajemy sobie z tym spokój i decydujemy jechać dziś pociągem do  miejscowości nad jezioro Inle.
Bilet kosztuje 3$.Sam pociąg to też ewenement. Jedzie 20km/godz,a trzęsie się i kolebie że o mało nie wyleci z torów.Krajobrazy bardzo ładne, na każdej stacji przychodzą handlarze jedzeniem, kupujemy od jednego drożdżowe pampuchy, jedne z kokosem, drugie z kurczakiem- bardzo smaczne.
Docieramy po trzech godzinach.Dotarliśmy do Shwenyaung, z tąd musimy jeszcze podjechać do Nyaungshwe.Jedziemy  trójkołowcem za 5tys.
Przed granicą miasta jest punkt kontrolny gdzie  obcokrajowcy muszą uiścić opłate po 5$ od osoby/rejon jeziora Inle/
Kierujemy się do hotelu Remember Inn- niestety brak miejsc, rezerwujemy na jutro, dla siebie i Witka.jedną noc śpimy w innym hotelu za 20$
22-23.11
Rano przenosimy się do Remember  , na odchodnym scysja w hotelu- nie chcą przyjąć nam  20$ , bo jest zgięte.Takie nam wydali w poprzednim hotelu. 
W Remember mamy pokój za 15$, jest bardzo duży, porządna łazienka, mają rowery, jest bardzo czysto no i wybór śniadań, nie tylko same jaja.
Robimy pranie, poznajemy miasteczko, po południu dojeżdża Witek.
Dziś wypożyczamy rowery i planujemy pojechać do pobliskiego starego  tekowego klasztoru. Zaraz zaczynają się schody, Romka rower nie ma hamulca - naprawiają to, następnie zgina mu się rurka od siodełka/ materiał jest jak papier- oddaje rower i nie jedzie. Witek ma podobne przygody tylko trochę póżniej.W każdym razie ja z Witkiem docieramy do Shwe Yaunghwe Kyaung- warto było. Takiego klasztoru nie widzieliśmy. Choć jest bardzo zniszczony , wart zobaczenia.
Wracamy do hotelu, dali Romkowi inny rower, Witek wypożyczył w  innym punkcie i jedziemy jeszcze do wielkiego posągu Buddy w niedalekiej wiosce Nanthe.
Po drodze spotykamy Pawła i Artura, z którymi rozstaliśmy się w Bagan.Umawiamy się na wieczór.Budda nie jest tak okazały jak piszą, wracamy przez wioskę.
Umawiamy się póżniej  w piątkę na jutro na wypożyczenie jednej łodzi i wycieczkę po jeziorze/ 15tys/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz